Avonowska seria oczyszczająca Planet Spa z minerałami z Morza Martwego
jest większości świetnie znana, przede wszystkim za sprawą słynnej
maseczki błotnej. Osobiście miałam jej dwa lub trzy opakowania, z
których byłam zadowolona, używałam także popularnego masła do ciała z
tej serii, doskonałej maski do ciała (dawno niestety wycofanej),
świetnego kremu do rąk (też już go nie ma :( ) i również niczego sobie
maski do włosów. Oczywiste było zatem, że jak w katalogu pojawił się
Głęboko oczyszczający peeling do twarzy to również po niego sięgnę :)
Znając wysoki poziom tej serii i korzystając kiedyś ze świetnych
zdzieraków z serii Clearskin spodziewałam się również tutaj porządnego
efektu. Jak wyszło w rzeczywistości?
Kosmetyk dostajemy w typowym dla maseczek z serii Planet Spa opakowaniu o pojemności 75 ml. Również tak, jak maseczki można go dostać w promocji w katalogu za ok. 10 zł. Oto efekty, jakie producent obiecuje przy regularnym stosowaniu, oraz skład dla zainteresowanych:
Moja skóra należy do tych z dużą skłonność do zanieczyszczeń i zaskórników oraz dość częstych wyprysków i objawów "zapchania", mimo codziennej, coraz bardziej przemyślanej pielęgnacji. Poprzednie używane przeze mnie peelingi (mimo nazwy Himalaya Herbals Delikatnie złuszczający morelowy scrub oraz wspomniane Clearskiny z Avonu) były mocno oczyszczającymi zdzierakami, które lubię najbardziej ;) . "Głęboko oczyszczający" w nazwie dzisiejszego bohatera zapowiadała podobne wrażenia.
Avonowy peeling ma zapach taki samm jak cała seria, ale łagodniejszy niż maseczka, ja osobiście go lubię, aczkolwiek rozumiem, że dla niektórych osób seria ta może śmierdzieć. Ma przy tym postać gęstej pasty, ale nie aż tak gęstej, jak maseczka, którą trudno wycisnąć z tubki. W paście zatopione są drobinki przypominające mi trochę kaszę mannę. Ilość i wielkość ich jest średnia, przez co w trakcie wmasowywania odczuwam bardziej lekki masaż, niż porządne, odświeżające zdzieranie, które tak lubię ;)
A co z efektami? Peeling stosuję dość regularnie, zazwyczaj dwa razy w tygodniu, po umyciu twarzy wmasowuję go i idę pod prysznic, po czym zmywam. Kilkakrotnie pozostawiłam go, tak jak zaleca producent, do wyschnięcia i dopiero później zmyłam, co jednak nie przyniosło jakiejś wielkiej różnicy, przez co wersja "prysznicowa" jest czasowo bardziej ekonomiczna.
Skóra po jego użyciu jest miękka, przyjemna w dotyku, sprawia wrażenie trochę lepiej oczyszczonej, niż po użyciu samego żelu myjącego. Mimo jednak regularnego używania od czterech miesięcy kosmetyk nie przyczynił się do jakiegoś spektakularnego oczyszczenia porów, niestety. W tubce zostało mi produktu na zaledwie kilka użyć, opakowanie rozpoczęłam w czerwcu, co dla mnie oznacza, że ten kosmetyk jest dla mnie stosunkowo niewydajny (wspomniana Himalaya starczyła mi na rok stosowania).
Wydaje mi się, że byłby to produkt bardziej odpowiedni dla osób ze skórą wrażliwą, nie zdziera prawie w ogóle, ale coś tam oczyszcza. Dla takich "gruboskórnych" z tendencją do przetłuszczania się jak ja jest jednak za słaby.
Miałyście okazję stosować? Lubicie tę serię Planet Spa? Pozdrawiam!
Obserwatorzy
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja twarzy. Pokaż wszystkie posty
piątek, 3 października 2014
sobota, 2 sierpnia 2014
Lubię denka! Zużycia lipcowe 2014
Spodziewałam się trochę większych zużyć do końca lipca, ale i tak nie jest źle. Chociaż biorąc pod uwagę moje "tegomiesięczne" nowości oraz to, że najbliższe dwa tygodnie spędzę na urlopie w Polsce, więc pewnie coś tam wpadnie, to powinno być jednak lepiej ;)
Do kosza poszły:
1. Green Pharmacy, Szampon do włosów normalnych Pokrzywa zwyczajna, 300 ml - bardzo fajny, mam kolejną butelkę.
2. Be Beauty, Płyn micelarny - jak zawsze ;)
3. Alverde, Żel do mycia twarzy Algi morskie, 150 ml, taki sobie, raczej więcej nie kupię.
4. Original Source, Żel pod prysznic Malina i wanilia, 250 ml - rozczarowanie miesiąca. Byłam napalona na ten zapach, odkąd poczułam go w łazience u kuzynki. Jako że parę lat temu miałam trzy żele OS (pamiętam dokładnie: miętowy chłodzący, pomarańczowo-imbirowy i kaktusowy) i wszystkimi byłam zachwycona, to pokładam nadzieje również i w różowym osobniki (o ile tak wielkich słów można używać pisząc o żelu pod prysznic ;) ). Niestety żel ten nie ma tej prawdziwej ŻELOWEJ konsystencji, tak jak trzy poprzednie próbowane przeze mnie, jest za to kremowy, rzadki, wysusza skórę. No i producent pokombinował przy opakowaniu i butelka nie ma już tego świetnego sylikonowego otworku, dzięki któremu nic się nie wylewało. Zapach też tylko fajny prosto z butelki. Jestem na nie.
5. Avon Solutions truly radiant VIP Koloryzująco-nawilżający krem na dzień SPF 20, 50 ml - skończyłam tubkę (w mojej historii już trzecią) zaczętą w zeszłym roku i żałuję, że na ten rok go nie zamówiłam, tylko zdecydowałam się na inny produkt, również z Avonu. Bardzo fajny krem, w upały używałam tylko jego, bez żadnych podkładów itp. i tak śmigałam do pracy. Jeśli nic do przyszłorocznego wiosenno-letniego sezonu mnie bardziej nie zaciekawi, to zamówię go ponownie.
6. Ajona, Koncentrat pasty do zębów, 25 ml - to maleństwo starczyło mi na na pewno pół roku, a używałam TYLKO tego. Fajne, jedyna pasta do zębów bez fluoru dostępna w DM/Rossmannie w Niemczech. Teraz będę jednak używać bezfluorowej Ziai.
7. Rival de Loop, Frische Kick, żelowa maseczka odświeżająca, chłodząca limetka+kofeina - jedna część saszetki - to 8 ml starczyło na 4 obfite aplikacje. Mimo iż wydaje mi się, że już mam wyrobioną opinię na jej temat, to dla pozoru poczekam do zużycia drugiej części ;)
To by było na tyle. Znacie któreś z moich zużyć? Pozdrawiam! :)
czwartek, 26 czerwca 2014
Lubię (coraz bardziej :) ) maseczki :) Avon Planet Spa Chiński żeń-szeń
Regularne stosowanie maseczek wychodzi mi coraz lepiej, powoli jest to też widoczne w stanie mojej cery. Jeszcze nie jest idealnie, ale różnicę już zauważam :) Czy widoczna na zdjęciu maseczka przyczyniła się do poprawy cery po zużyciu niemal całego opakowania?
Avon w zeszłym roku (?) zmienił szatę graficzną serii Planet Spa. Dzięki temu konsultantki mogły w akacjach wyprzedażowych zamawiać maseczki w starych opakowaniach po bardzo okazyjnych cena. Rewitalizująca maseczka Chiński żeń-szeń kosztowała mnie około 5 zł. W katalogach ostatnimi czasy można maseczki Planet Spa spotkać w cenach promocyjnych za ok. 10 zł. Opakowanie zawiera 75 ml kosmetyku, przychodzi do nas zapakowane w ładny kartonik. Na kartoniku znajdziemy skład:
Według producenta maseczka ma usuwać zanieczyszczenia i przesuszony, martwy naskórek, pozostawiać skórę świeżą i pełną energii, z poprawioną strukturą ;) Jest to maseczka typu peel-off, którą należy wg informacji na opakowaniu pozostawić do wyschnięcia na 20 minut i następnie ściągnąć.
Maseczka jest gęsta, ale łatwo ją wycisnąć z tubki i nałożyć na twarz, nie przysparza też większych problemów przy zmywaniu jej z dłoni. Ma bardzo przyjemny, dość intensywny, ale relaksujących zapach, kojarzący mi się trochę z męską wodą toaletową ( a ja lubię męskie perfumy :D ) bądź z imbirem. Należy nałożyć na twarz dość grubą warstwę, żeby maseczka ładnie połączyła się na całej twarzy, dzięki czemu łatwo ją będzie później zdjąć w jednej części. Muszę przyznać, że przez tą dość obfitą aplikację stosunkowo szybko się zużywa. Co istotne, maseczka wysycha na twarzy nie w 20 minut, jak sugeruje Avon, a co najmniej 40 minut, co dla mnie jednakże nie jest problemem - nakładam na twarz i relaksuję się przed komputerem w blogosferze :)
Po całkowitym wyschnięciu ściągnięcie maseczki nie stanowi żadnego problemu. Skóra jest mięciutka, odświeżona i nawilżona, spokojnie mogłabym pominąć wieczorną aplikację kremu do twarzy. Pory wydają się trochę oczyszczone, ale jest to oczyszczenie raczej powierzchowne. Ogólnie jednak jestem z tej maseczki dość zadowolona i w cenie promocyjnej ok. 10 zł mogę ją spokojnie polecić.
Lubicie Avonowe maseczki do twarzy? Pozdrawiam!
wtorek, 24 czerwca 2014
Lubie DM! A Alverde?
Zaraz po tym, jak skończył się bardzo lubiany przeze mnie żel do mycia twarzy z Balei sięgnęłam
po kolejny nabytek z drogerii DM - żel do mycia twarzy przeznaczony do
cery normalnej i mieszanej z linii Aqua z algami morskimi marki Alverde.
Marka Alverde jest tą teoretycznie lepszą marką własną DM, mającą
faktycznie dobre, naturalne składy. W związku z tym byłam bardzo
ciekawa, jak sprawdzi się u mnie ten kosmetyk. Tubka 150 ml kosztuje ok.
2,25 euro.
Opakowanie ma typowy dla Alverde, bardzo przyjemny design, tubka jest miękka i stabilna. Ze względu na bardzo leistą konsystencję żelu na pewno nie będzie problemu z wyciśnięciem go do ostatniej kropli, bez kłopotliwego rozcinania opakowania.
Żel, jak wspomniałam, ma bardzo rzadką, niemal wodnistą konsystencję, jest całkowicie przezroczysty - plus za to, że nie użyto niepotrzebnie żadnych barwników. W kontakcie ze skórą zamienia się szybko w przyjemną mięciutką pianę, którą łatwo rozprowadzić po twarzy. Korzystanie z żelu byłoby zatem bardzo przyjemne, gdyby nie potwornie alkoholowy zapach. Nie ma w nim nic z "wodnej", czy też algowej świeżości, tylko czysta wóda :/ No ale w większości jestem w stanie na szczęście takie zapachy przetrzymać.
Alkohol będący na drugim miejscu w składzie na szczęście nie wysuszył mi buzi, skóra nie jest też raczej po nim ściągnięta. Niestety nie zauważyłam po nim jakiegoś super oczyszczenia, owszem skóra była odświeżona, ale mimo wszystko wydaje mi się, że w tej kwestii trochę lepiej sprawdzała się wspomniana już Balea. Żel jest przy tym jak dla mnie okropnie niewydajny, zaczęłam go używać dokładnie pierwszego maja i zapewne wykończę go teraz do końca czerwca. Gęstszy i niemal połowę tańszy żel Balei o tej samej pojemności starczył mi na pół roku.
Żel ten nie zniechęcił mnie do dalszego poznawania produktów Alverde, ale zapewne do niego już więcej nie sięgnę. Macie jakieś ulubione żele do mycia buźki? Pozdrawiam!
Opakowanie ma typowy dla Alverde, bardzo przyjemny design, tubka jest miękka i stabilna. Ze względu na bardzo leistą konsystencję żelu na pewno nie będzie problemu z wyciśnięciem go do ostatniej kropli, bez kłopotliwego rozcinania opakowania.
Żel, jak wspomniałam, ma bardzo rzadką, niemal wodnistą konsystencję, jest całkowicie przezroczysty - plus za to, że nie użyto niepotrzebnie żadnych barwników. W kontakcie ze skórą zamienia się szybko w przyjemną mięciutką pianę, którą łatwo rozprowadzić po twarzy. Korzystanie z żelu byłoby zatem bardzo przyjemne, gdyby nie potwornie alkoholowy zapach. Nie ma w nim nic z "wodnej", czy też algowej świeżości, tylko czysta wóda :/ No ale w większości jestem w stanie na szczęście takie zapachy przetrzymać.
Alkohol będący na drugim miejscu w składzie na szczęście nie wysuszył mi buzi, skóra nie jest też raczej po nim ściągnięta. Niestety nie zauważyłam po nim jakiegoś super oczyszczenia, owszem skóra była odświeżona, ale mimo wszystko wydaje mi się, że w tej kwestii trochę lepiej sprawdzała się wspomniana już Balea. Żel jest przy tym jak dla mnie okropnie niewydajny, zaczęłam go używać dokładnie pierwszego maja i zapewne wykończę go teraz do końca czerwca. Gęstszy i niemal połowę tańszy żel Balei o tej samej pojemności starczył mi na pół roku.
Żel ten nie zniechęcił mnie do dalszego poznawania produktów Alverde, ale zapewne do niego już więcej nie sięgnę. Macie jakieś ulubione żele do mycia buźki? Pozdrawiam!
sobota, 31 maja 2014
Lubię denka i haule ;) maj 2014
Pięć to taka ładna, "okrągła" liczba. Wykończenie pięciu kosmetyków uważam jak na mnie za dobry wynik :) Co trafiło do kosza w maju?
1. Balea, Creme-Öl Dusche, Süßorange & Limette, 250 ml/0,95€ - to trzeci i ostatni żel z tej serii, który miałam w zapasach. Ładny słodko-pomarańczowy zapach, wydajność dobra - starczył na półtora miesiąca. Był trochę rzadszy niż wcześniejsze dwie wersje stosowane przeze mnie, ale dzięki temu łatwiej było go wycisnąć z tej potwornie twardej butelki. Z całej trójki podobał mi się jednak najmniej (wcześniejsze zapachy jednak bardziej przypadły mi do gustu) i nie wrócę do niego, chociaż był bardzo przyzwoity.
2. Kerastase Reflection, Chroma Riche, ok. 130 zł/200 ml - maskę praktycznie całą dostałam od kuzynki, sama bym nie wpadła na to, by kupić tak drogi kosmetyk do włosów ;) Szczerze powiedziawszy spodziewałam się po niej dużo więcej. Owszem wygładzała włosy, ale były po niej trochę oklapłe i szybciej wyglądały na nieświeże. Zapach niby kosmetyku profesjonalnego, fryzjerskiego, ale nie podobał mi się. Niestety nie jestem w stanie ocenić wpływu przedłużenie świeżości koloru bo... nie farbuję włosów xD Na pewno nie wrócę.
3. Himaya Herbals, Delikatnie złuszczający morelowy scrub, ok. 12 zł/ 75 ml - bardzo dobry, bardzo wydajny peeling. Na razie używam innego, ale może kiedyś wrócę.
4. Pat&Rub, Mini Bogaty Balsam do Rąk, 50ml/28 zł - krem w miarę, ale nie zachwycił mnie. Nie wrócę do niego.
5. Maybelline Waterproof Khol Express Eyeliner, brązowy, kupiłam na Paatalu za jakieś 4 zł - masakra, jeżeli na powiece nie było cienia na bazie, to nie dało się go używać. Rysując kredką kreskę na czystej skórze nie zostawiał niemal w ogóle śladu, chyba że się go bardzo mocno docisnęło. Dodatkowo można go było używać tylko świeżo zatemperowanego, gdyż wkład szybko twardniał, przez to stosunkowo szybko się zużył. Beznadzieja.
Natomiast jeśli chodzi o zakupy, to w maju kupiłam...
Jak Wasze zużycia i zakupy? Pozdrawiam!
piątek, 9 maja 2014
Lubię wyrzucać puste opakowania! Marzec i kwiecień 2014
Marzec i kwiecień były czasem odwyku od kosmetycznych zakupów (chociaż nowości i tak się pojawiły ;) ), zamiast haulu miały królować zużycia. Jak na mnie poszło w miarę, chociaż wiem, że wiele z Blogerek potrafi zużyć o wiele więcej produktów w ciągu jednego miesiąca, niż ja w ciągu dwóch. Jak one to robią, nie wiem ;)
Wiekszość z nich została już przeze mnie opisana:
1. Balea, Szampon rewitalizujący do włosów normalnych i lekko przetłuszczających się to moja druga butla. Pisałam o nim dwukrotnie TU i TU. Kupię ponownie za jakiś czas na pewno.
2. Alverde, Szampon Ultra Sensitive to kolejny hit. Również na pewno kupię.
3. Alverde, Porzeczkowy żel pod prysznic także bardzo przypadł mi do gustu i zamierzam go jeszcze kupić :)
4. Babylove, Delikatna oliwka pielęgnująca dla dzieci z DM, mała buteleczka 50 ml - kupiłam w jakiejś śmiesznej cenie w wyprzedaży. Fajny produkt, w składzie ma olej z migdałów, witaminę E i ekstrakt z rumianka. Używałam normalnie na ciało lub do wyrobu domowego peelingu. Mam jeszcze jedną buteleczkę.
5. Balea, Delikatny, pielęgnujący żel do mycia twarzy to kolejny, świetny produkt. Prawdopodobnie kupię ponownie.
6. BeBeauty, Płyn miceralny z Biedronki to stały mieszkaniec mojej łazienki, którego nie trzeba nikomu przeszkadzać. Oczywiście używam kolejnego opakowania.
7. Balea, Creme-Öl Dusche - kremowy żel pod prysznic z olejem z ziaren winogrona i pistacjami, 250 ml/ok. 0,95 euro - produkt był identyczny, jak zużyta przeze mnie wcześniej wersja z owocami drzewa marula i proteinami mlecznymi. Miał również bardzo przyjemny, delikatny zapach, niewysuszającą formułę, przyjemnie mi się go używało. Jedyną wadą jest bardzo twarda butelka, naprawdę utrudniająca wydobycie żelu. Byłam zadowolona, ale mam tyle żeli na chciej-liście, że nie wiem, czy kupię ponownie.
8. Shauma Hair & Body Szampon i żel pod prysznic 2 w 1 z prowitaminą B5 i guaraną dla panów ;) - to jedyny produkt, który zużyłam w marcu. Kupiłam dla TŻta w jakiejś fajnej promocji, ale po jednym użyciu stwierdził, że go uczula ;) więc zostałam z wielką butlą 500 ml. I zużyłam całą bez problemów :) oczywiście jako żel pod prysznic. Produkt miał wyjątkowo przyjemną konsystencję, fajny sportowy zapach, nie wysuszał szczególnie skóry. Wadą była stosunkowo niska wydajność - szybko się zużył, być może ze względu na wielki otwór w butelce, przez który zawsze wylewało się zbyt dużo produktu ;) Fajny, no ale nie kupię go ponownie ;)
Zużycia jak na moje możliwości znośne ;) kilka produktów mam w dalszym ciągu na wykończeniu, więc może denko pojawi się szybciej niż po dwóch miesiąca. Stosowałyście któryś w nich? Pozdrawiam!
sobota, 3 maja 2014
Lubię recenzować! Świetna Balea
Bioderma się skończyła, a ja sięgnęłam po produkt z (przynajmniej cenowo) znacznie niższej półki. Delikatny, pielęgnujący żel do mycia twarzy z serii do każdego rodzaju skóry Balea kosztuje bowiem około 1,50 euro za 150 ml. Produkt zamknięty jest w bardzo przyjemnym dla oka opakowaniu z wygodną pompką.
Producent zapewnia o delikatnym oczyszczeniu i efekcie odświeżenia dzięki "witaminowemu koktajlowi" (witamina C i prowitamina B5), który zapewnić ma jednocześnie ochronę i nawilżenie. Poza tym żel powinien zapobiegać zanieczyszczeniom oraz poprawić wygląd skóry. Produkt ma mieć odświeżający, grejpfrutowy zapach.
A jakie są moje wrażenia? Konsystencja jest dość gęsta, przez co stosunkowo ciężko wycisnąć go przez pompkę. Jest to w zasadzie jednocześnie zaletą, gdyż aplikuje się zawsze odpowiednią, niewielką ilość żelu, która w zupełności wystarcza na dokładne umycie całej buzi. Dzięki temu produkt okazał się bardzo wydajny, wspomniana pojemność 150 ml wystarczyła u mnie na pół roku przy stosowaniu jednej pompki wieczorem (wykończyłam go dokładnie 30. kwietnia).
W żelu zatopione były tajemnicze czerwone kuleczki, które jednak znikały przy rozsmarowywaniu produktu na twarzy, na pewno nie miały działania pilingującego. Były pewnie jakimś składnikiem nawilżającym, gdyż mogę stwierdzić, że produkt ogólnie nie wysusza i nie ściąga cery, chociaż oczywiście stosowałam po nim krem do twarzy. Kosmetyk, mimo, albo dzięki swojej gęstości, przyjemnie rozprowadzał się na twarzy i był taki "mięciutki" w trakcie masowania. Zapach okazał się rzeczywiście przyjemny, odświeżający, cytrusowy.
A teraz najważniejsze, czyli efekt oczyszczający. Mimo bardzo łagodnej formuły mogłam stwierdzić wyraźne oczyszczenie twarzy. Dalej nie jest idealnie, ale różnica jest dla mnie zauważalna, a zdecydowanie warto zaznaczyć, że maluję się w tej chwili codziennie, a podczas stosowania Biodermy byłam w takim okresie kiedy nie malowałam się w ogóle.
Tak jak wspomniałam, żel z Balei skończył się przed kilkoma dniami, a ja sięgnęłam do szufladowych zapasów i wyjęłam inny żel do mycia, także z DM-u. Z tego byłam bardzo zadowolona, myślę, że go jeszcze kupię, chociaż oczywiście mam babską przypadłość, czyli ciągłą ochotę ciągle próbowania czegoś nowego ;) Baleowy produkt jednak wszystkim polecam. Świetnie jest stwierdzić, że tak tani produkt pobił na głowę swojego kilka razy droższego konkurenta. Pozdrawiam!
niedziela, 2 marca 2014
Lubię projekty! Dermogal A+E zakończony
Połowa rozpoczętego 1. grudnia projektu pielęgnacyjnego dobiegła końca. W ciągu dwóch i pół miesiąca używałam regularnie, aczkolwiek z przemyślanie zmienną częstotliwością wygrane w rozdaniu u Kyariss kapsułki żelatynowe Dermogal A+E. Na dowód puste blistry ;)
Za miejsce kontrolne wybrałam czoło. Dla przypomnienia stan z pierwszego dnia:
Opisując słowami: wielki, czerwony krater po ropnym wrogu (nieprzyjaciel to za mało powiedziane ;) ) sprzed miesiąca, dość dużo ropnych grudek podskórnych, mimo stosowania żelu do mycia twarzy z Biodermy, regularnych pilingów i (trochę mniej regularnych) maseczek dość mocno zanieczyszczone pory. Cera z lekką skłonnością do świecenia się.
Oczywiście na początku zastanawiałam się, czy stosowanie olejku do mojej raczej tłustej i zanieczyszczonej cery jest dobrym rozwiązaniem, ale powołując się na super recenzje w internecie postanowiłam zaryzykować i rozpocząć codzienną kurację, z zastrzeżeniem, że mogę modyfikować częstotliwość użytkowania.
Pierwszy blister, czyli 24 rybki, używałam codziennie. Oczywiście w nos rzuca się dość charakterystyczny zapach, mnie przypominający zjełczałe orzechy włoskie. Osobiście nie jestem szczególnie wrażliwa na zapachy maści czy kosmetyków, mając z tyłu głowy, że w końcu ma mi to pomóc ;) , ale wyobrażam sobie, że dla niektórych wrażliwców ten zapach może uniemożliwiać używanie. Na szczęście już teraz mogę powiedzieć, że zapach okazał się dla mnie jedyną wadą rybek, a w dodatku pod koniec opakowania już w ogóle mi nie przeszkadzał.
Przy pierwszych dwóch użycia bardzo zaskoczyło mnie to, że moja, jak mi się wydawało, tłusta cera twarzy błyskawicznie "wypiła" zawartość całych kapsułek. Od trzeciego dnia jedna rybka wystarczała mi już na twarz, szyję i dekolt i de facto mogłaby mieć dla mnie przynajmniej o 1/3 mniejszą pojemność. Co bardzo istotne, mimo że po aplikacji twarz jest oczywiście tłusta, to codziennie rano budziłam się z gładziusieńką, zupełnie nie tłustą buzią - kosmetyk był całkowicie wchłonięty, a skóra ładnie wypoczęta :)
Dość szybko zaczęłam zauważać też kolejne zmiany. Poniżej zdjęcie po dwóch tygodniach używania:
Przez dwa tygodnie nie pojawił mi się żaden nowy wyprysk, a grudki zaczęły się zmniejszać. Już wtedy zauważyłam również ogólne odżywienie i lekkie pojędrnienie skóry buzi.
Po kolejnych dwóch tygodniach poprawiła się też sytuacja z porami. Widoczny na zdjęciu czerwony strupek, to przyznaję się bez bicia, wina własna ;) Już pod koniec pierwszego blistra zauważyłam, że skóra jakby zaczęła się "nasycać" olejkiem i poczułam potrzebę używania go rzadziej. Co na pewno istotne, kilkakrotnie poczułam charakterystyczne dla przesuszonej cery ściągnięcie, mimo jednoczesnego uczucia odżywienia skóry. Postanowiłam zatem drugi blister używać co drugi dzień, na przemian ze stosowanym wcześniej bez przerwy Kremem na dzień i na noc do cery suchej i zmęczonej z bio olejkiem z awokado od Ziai.
W połowie drugiego blistra (niestety nie zrobiłam zdjęć) skorygowałam użytkowanie olejku na co trzeci dzień i to jest chyba najlepsza opcja dla mojej cery. Co ciekawe, olejek w dalszym ciągu wchłaniał się do ładnego matu rano, a po użyciu kremu od Ziai, mimo że przed używaniem Dermagolu miałam taki sam rezultat, często budziłam się z przetłuszczoną buzią.
Poniżej możecie zobaczyć zdjęcia z pierwszego dnia po skończeniu opakowania:
Mam nadzieję, ze różnica jest widoczna: praktycznie brak grudek podskórnych , mocno oczyszczone (chociaż dalej widoczne) pory skóry (w tym miejscu być może warto wspomnieć, że skończyła mi się Bioderma i zaczęłam używać innego, wielokrotnie tańszego żelu do mycia twarzy do cery normalnej, ale o tym innym razem), wyczuwalne uczucie odżywienia i pojędrnienia skóry. Lekko zbielała blizna między brwiami, chyba myślałam, że olejek na bliznę podziała lepiej, ale i tak jestem zadowolona.
Przy okazji wspomnę, że przez cały czas rano niezmiennie stosowałam bardzo mi pasujący Krem redukujący podrażnienia trądzik różowaty z serii Ziaja Med.
Oczywiście po zakończeniu opakowania pobiegłam do apteki po nowe pudełeczko, dostałam bez problemu w akurat drugiej aptece, do której zajrzałam. Cena to 12,99 zł - jak najbardziej dobrze zainwestowane pieniądze.
Myślę, że na koniec warto wspomnieć, że przez ostatni tydzień stosowałam na noc inny olejek, który w niewielkiej ilości dostałam na wypróbowanie od koleżanki i którego używanie prawdopodobnie zaowocowało nowymi grudkami (piszę prawdopodobnie, gdyż próbuję również inny kosmetyk na rano, ale skłaniam się w kierunku tego olejku). Z przyjemnością powrócę teraz do rybek Gala i polecam wypróbowanie ich wszystkim, którzy zmagają się z problemami skórnymi. Pozdrawiam!
niedziela, 1 grudnia 2013
Lubię recenzować! Projekt pielęgnacyjny na grudzień i styczeń
Niestety ostatnimi czasy jestem tak "zalatana", że jeśli już znajdę trochę czasu dla siebie, to albo jest już zbyt ciemno na sfotografowanie czegoś, albo najnormalniej w świecie nie chce mi się :( Oczywiście w blogosferze jestem obecna, czytam notki, komentuję, no i biorę udział w rozdaniach (wstyd, że ostatnich kilka notek na blogu to właśnie notki rozdaniowe, ale organizujecie tak fajne konkursy, że żal nie zwiększyć swoich szans na wygraną ;) ). Dziś udało mi się na szczęście cyknąć parę zdjęć, a jako że jest początek miesiąca (już ostatniego w tym roku - potwornie ten czas leci!), to postanowiłam rozpocząć kontrolowane stosowanie dwóch produktów - zrobić zdjęcia stanu "sprzed", żeby mieć dowód "na papierze", jak te kosmetyki się sprawdzają. Oto, co biorę na tapetę:
Dermogal A + E wygrałam jeszcze w czerwcu w prześwietnym rozdaniu u Kyariss (która niestety krótko po nim zamilkła :( ). Na opakowaniu producent zapewnia, że to świetny kosmetyk do codziennej pielęgnacji skóry z problemami ("trądzik pospolity, trądzik różowaty, atopowe zapalenie skóry, nadmierne złuszczanie skóry, nadwrażliwość na różne czynniki").
Moja skóra w październiku i listopadzie przechodziła okres wielkiego buntu, na chwilę obecną jest w miarę podgojona i uspokojona, ale pozostało mi na niej kilka nowych śladów. Poza tym mam w dalszym ciągu trochę podskórnych grudek i tradycyjnie dobrze widoczne pory. Jako miejsce kontrolne wybrałam najbardziej dotknięte kataklizmem czoło (tu na zdjęciach z dziś rana, po oczyszczeniu, bez żadnych kremów, w świetle dziennym i sztucznym).
"Rybki" mają zatem pole do popisu. Producent zapewnia, że kosmetyk można stosować po makijaż, ja jednak pozostanę rankiem przy mojej kochanej Ziai, a będę kapsułki stosować wieczorem zamiast kremu na noc. W opakowaniu jest 48 sztuk, starczy zatem na 1,5 miesiąca. Oczywiście jeśli po jakimś czasie stwierdzę, że kosmetyk mi nie służy, albo powinien być stosowany przeze mnie rzadziej, to nie będę maltretować cery i "eksperyment" się przedłuży, a wszystko zostanie przeze mnie na końcu opisane. Osobiście liczę jednak na dobre rezultaty i złagodzenie widocznych zmian (szczególnie, że Dermogal ma wręcz rewelacyjne oceny na Wizażu - na dzień dzisiejszy to 4,24/5,00 na 150 opinii i 55 kliknięć "mój hit").
Drugi uczestnik badań, to Skoncentrowane serum do rzęs i baza pod tusz 3 w 1 Advance Volumiere od Eveline. Kosmetyk ten nie jest dla mnie zupełną nowością, gdyż stosowałam go (niezbyt regularnie) już parę lat temu, kiedy mocno wypadały mi rzęsy. Tym razem mam zamiar być systematyczna. Jako że moje rzęsy z natury są dość długie, co widać szczególnie gdy nakładam tusz (mam jasne końcówki rzęs), nie czuję potrzeby używania bazy pod tusz. Serum będę więc stosowała tylko na noc, w celu wzmocnienia lekko wypadających w tej chwili włosków i może ewentualnego zagęszczenia.
Na opakowaniu producent zapewnia o zatrzymaniu wypadania rzęs, stymulacji ich wzrostu, odżywieniu i uelastycznieniu. Pierwsze efekty mają pojawić się po dwóch tygodniach, pełne - po miesiącu. Jako że serum będę stosować tylko wieczorem, dam mu czas przynajmniej do połowy stycznia.
Mam nadzieję, że wytrwam w postanowieniu regularnego używania tych kosmetyków i już zapraszam Was na sprawozdanie. Pozdrawiam!
Dermogal A + E wygrałam jeszcze w czerwcu w prześwietnym rozdaniu u Kyariss (która niestety krótko po nim zamilkła :( ). Na opakowaniu producent zapewnia, że to świetny kosmetyk do codziennej pielęgnacji skóry z problemami ("trądzik pospolity, trądzik różowaty, atopowe zapalenie skóry, nadmierne złuszczanie skóry, nadwrażliwość na różne czynniki").
Moja skóra w październiku i listopadzie przechodziła okres wielkiego buntu, na chwilę obecną jest w miarę podgojona i uspokojona, ale pozostało mi na niej kilka nowych śladów. Poza tym mam w dalszym ciągu trochę podskórnych grudek i tradycyjnie dobrze widoczne pory. Jako miejsce kontrolne wybrałam najbardziej dotknięte kataklizmem czoło (tu na zdjęciach z dziś rana, po oczyszczeniu, bez żadnych kremów, w świetle dziennym i sztucznym).
"Rybki" mają zatem pole do popisu. Producent zapewnia, że kosmetyk można stosować po makijaż, ja jednak pozostanę rankiem przy mojej kochanej Ziai, a będę kapsułki stosować wieczorem zamiast kremu na noc. W opakowaniu jest 48 sztuk, starczy zatem na 1,5 miesiąca. Oczywiście jeśli po jakimś czasie stwierdzę, że kosmetyk mi nie służy, albo powinien być stosowany przeze mnie rzadziej, to nie będę maltretować cery i "eksperyment" się przedłuży, a wszystko zostanie przeze mnie na końcu opisane. Osobiście liczę jednak na dobre rezultaty i złagodzenie widocznych zmian (szczególnie, że Dermogal ma wręcz rewelacyjne oceny na Wizażu - na dzień dzisiejszy to 4,24/5,00 na 150 opinii i 55 kliknięć "mój hit").
Drugi uczestnik badań, to Skoncentrowane serum do rzęs i baza pod tusz 3 w 1 Advance Volumiere od Eveline. Kosmetyk ten nie jest dla mnie zupełną nowością, gdyż stosowałam go (niezbyt regularnie) już parę lat temu, kiedy mocno wypadały mi rzęsy. Tym razem mam zamiar być systematyczna. Jako że moje rzęsy z natury są dość długie, co widać szczególnie gdy nakładam tusz (mam jasne końcówki rzęs), nie czuję potrzeby używania bazy pod tusz. Serum będę więc stosowała tylko na noc, w celu wzmocnienia lekko wypadających w tej chwili włosków i może ewentualnego zagęszczenia.
Na opakowaniu producent zapewnia o zatrzymaniu wypadania rzęs, stymulacji ich wzrostu, odżywieniu i uelastycznieniu. Pierwsze efekty mają pojawić się po dwóch tygodniach, pełne - po miesiącu. Jako że serum będę stosować tylko wieczorem, dam mu czas przynajmniej do połowy stycznia.
Mam nadzieję, że wytrwam w postanowieniu regularnego używania tych kosmetyków i już zapraszam Was na sprawozdanie. Pozdrawiam!
środa, 13 listopada 2013
Lubię recenzować! Ziaja krem na dzień i na noc do cery suchej i zmęczonej z bio olejkiem z awokado
Moja problematyczna skóra cierpi czasem zimą na dość mocne przesuszenie. Żeby jej trochę dopomóc sięgnęłam po klasyczny krem oliwkowy Ziaja w zielonym słoiczku, który okazał się jednak zdecydowanie zbyt tłusty. Przekopałam więc Wizaż w poszukiwaniu czegoś lżejszego i znalazłam ten oto kremik z serii z bio olejkiem z awokado.
Krem dostaniemy w Rossmannie w świetnej cenie ok. 9 zł
za 75 ml (w promocji ok. 7 zł). Słoiczek jest plastikowy (wolę
takie o wiele bardziej, niż szklane), wygodny, schludny, z prostym
designem - podoba mi się to, bo wiem, że płacę za krem, a nie za
bajeranckie opakowanie. Co więcej, pod zakrętką jest wieczko,
dzięki czemu mamy pewność, że nikt nie wkładał wcześniej do
słoiczka paluchów ;)
Na etykietce producent podaje skład i zapowiada
działanie kosmetyku:
Ja ten krem stosuję tylko na noc, gdyż na dzień
używam kremu z filtrem. Krem Ziaja ma bardzo przyjemny zapach, miłą
konsystencję, nałożony na twarz faktycznie przynosi uczucie ulgi.
Po aplikacji pozostaje na mojej cerze lekki film, który jednak po
jakimś czasie się wchłania – rano budzę się z czyściutką,
wypoczętą i świeżą buzią (nie pamiętam, czy po jakimś innym
kremie miałam tak ładną cerę rano). Nie powoduje u mnie również
wysypu niespodzianek, do których mam skłonność. Poza tym jest
wydajny.
Zużyłam swój zimowy słoiczek, po czym wzięłam się
za krem-żel z Avon Solution, jednak po jego wykończeniu potulnie
powróciłam do tego cudeńka firmy Ziaja :) W tej chwili jestem w
połowie drugiego słoiczka i wiem, że ten krem warto mieć przez cały rok w
łazience :) Uwielbiam odkrywać takie skarby – taniutkie, polskie
kosmetyki. Ten świetnie współgra dla mnie także z „ziajowym”kremem z serii trądzik różowaty, który stosuję na dzień.
Polecam wszystkim spróbować, to jeden z moich hitów tego roku :)
czwartek, 12 września 2013
Lubię recenzować! Perfecta Antybakteryjna maseczka na twarz z wyciągiem z gruszki
W ostatnim maseczkowym poście wspomniałam, że pokażę Wam maseczkę, która ostatnio nawet ;) przypadła mi do gustu. Większości z Was zapewne nie trzeba jej przedstawiać ;)
Perfecta Beauty Mask, antybakteryjna maseczka na twarz z wyciągiem z gruszki z glinką termalną do cery trądzikowej ;) Zakupiłam ją w ilości sztuk dwóch na spróbowanie w CND w Rossmannie za 1,19 zł. Dlaczego była w CND pojęcia nie mam, aczkolwiek już na wstępie zapowiem, że mam nadzieję, że można ją dostać w innych sklepach.
Co obiecuje producent:
Chętnie będę czasem do niej wracać (jeśli jest dalej do kupienia) do czasu, aż nie znajdę mojego KWC ;) Używałyście? Pozdrawiam!
Perfecta Beauty Mask, antybakteryjna maseczka na twarz z wyciągiem z gruszki z glinką termalną do cery trądzikowej ;) Zakupiłam ją w ilości sztuk dwóch na spróbowanie w CND w Rossmannie za 1,19 zł. Dlaczego była w CND pojęcia nie mam, aczkolwiek już na wstępie zapowiem, że mam nadzieję, że można ją dostać w innych sklepach.
Co obiecuje producent:
Saszetka ma pojemność 8 ml
i starczyła u mnie na 2,5 aplikacji. Całe szczęście, że
kupiłam dwie saszetki, to akurat miałam na pięć użyć. Jak
wrażenia? Po drożdżowej maseczce firmy Soraya to przede wszystkim
ulga dla nosa ;) Maseczka pachnie faktycznie gruszką, relaksująco,
choć dość delikatnie. Konsystencja jest dość rzadka, ale po
rozsmarowaniu na szczęście nie spływa z twarzy, a wręcz zasycha. Po
zaschnięciu jej zmycie zajmuje trochę czasu, ale i tak znowu mniej
niż przy Drożdżówce ;) z Soraya. Efekty: wygładzona (ale nie nawilżona), oczyszczona
buzia, pory mi się odblokowały, choć, tak jak wspominałam Wam wcześniej, na pewno największy wpływ na to miał fakt, że
moja buzia bardzo dobrze odpoczęła sobie przez wakacje od podkładu.
Po jednej wieczornej aplikacji obudziłam się z kilkoma małymi
ropnymi zmiankami, które się na szczęście szybko zagoiły. Chcę
wierzyć, że maseczka coś tam złego z cery wyciągnęła ;)
Chętnie będę czasem do niej wracać (jeśli jest dalej do kupienia) do czasu, aż nie znajdę mojego KWC ;) Używałyście? Pozdrawiam!
poniedziałek, 9 września 2013
Lubię recenzować! Avon solutions Peeling Maseczka Krem myjący 3 w 1
Avon Solutions Freshest pure Peeling Maseczka Krem myjący 3 w 1, czyli mówiąc krótko cuda na kiju. Byłoby pięknie (i finansowo korzystnie), gdybyśmy wszystkie kroki pielęgnacji mogły "załatwić" jednym produktem. Jako że już miałam wcześniej do czynienia z tego typu kosmetykami wiedziałam, czego się w zasadzie NIE spodziewać i de facto nie miałam w ogóle zamiaru więcej czegoś takiego kupować, ale Freshest pure trafił do mnie w jakimś wakacyjnym zestawie kosmetyków Avon. Jak już był w domu, no to zaczęłam używać...
| Przepraszam za rozcięte opakowanie, rozpędziłam się przed przygotowywaniem notki ;) |
Skład: aqua, kaolin, sodium methyl cocoyl taurate, silicia, alcohol denat, glycerin, bentonite, oryza sativa (rice) starch, sodium chloride, polyethylene, glyceryl stearate, pentaerythrityl tetraethylhexanoate, polysorbate 20, xanthan gum, imidazolidinyl urea, phenoxyethanol, parfum, salicylic acid, disodium edta, glycolic acid, menthol, retinyl palmitate, sorbitol, tocopherol, leontopodium alpinum flower/leaf extract, ci 77891, ci42090.
W promocji kosmetyk kosztuje w katalogu ok. 13 zł za opakowanie 100 ml. Avon ostatnio podrożał, gdyż wcześniejsze żele do mycia twarzy, które zdarzało mi się od nich mieć, kosztowały tyle samo za dwa razy większą pojemność. No chyba że płacimy za tę wielofunkcyjność ;)
Zazwyczaj nie czepiam się takich rzeczy, ale opakowanie jest zbyt wąskie do swojej znacznej wysokości, przez co jest całkowicie niestabilne. Poza tym wymaga rozcięcia, gdy jest w nim jeszcze dużo produktu. Ale nie jest to oczywiście najważniejsze.
Produkt ma kremową konsystencję, w której zatopionych jest mnóstwo zielonych drobinek (przypomina trochę pastę do zębów ;) ). Zapach miał zadatki na przyjemną świeżość, jest jednak jak dla mnie mocno alkoholowy.
Co do działania: lubię produkty do mycia twarzy właśnie z takimi drobinkami, mam przynajmniej uczucie dobrze oczyszczonej skóry. Drobinki są jednak jednocześnie zbyt słabe, jak na peeling i skóra wymaga normalnego użycia scrubu. Jako że jest to kosmetyk oparty na glince, dość szybko zasycha na twarzy i trudno go zmyć szczególnie z okolic oczu. W moim odczuciu nie nadaje się też raczej na maseczkę. Mimo zapewnień producenta, nie jest to dla mnie zdecydowanie kosmetyk nawilżający - wręcz przeciwnie, ze względu na uczucie ściągnięcia skóra właśnie po jego użyciu tego nawilżenia bardzo potrzebuje.
Kosmetyk już mi się kończy, pozostało mi go jeszcze na dosłownie kilka razy. Wystarczył na prawie trzy miesiące używania raz dziennie wieczorem. Zaobserwowałam, że trochę oczyściły mi się w tym czasie pory skóry, aczkolwiek wątpię, by w dużym stopniu przyczynił się do tego ten kosmetyk. Na pewno miał ułatwione zadanie, ze względu na to iż zaczęłam ostatnio w miarę regularnie używać maseczek oczyszczających i, przede wszystkim, od końca czerwca miałam na twarzy podkład może ze dwa razy.
Podsumowując, jako krem do mycia twarzy otrzymuję on ode mnie ocenę dostateczną, byłaby wyższa, gdyby producent nie naobiecywał funkcji peelingu, maseczki i niesamowitego nawilżenia.
Macie dobre doświadczenia z kosmetykami "kilka w 1"? Pozdrawiam!
sobota, 7 września 2013
Lubię recenzować! Soraya Care & Control Maseczka drożdżowa silnie oczyszczająca
Mimo ewidentnych problemów skórnych (dość częste wypryski, rozszerzone i zanieczyszczone pory) maseczki w zasadzie nigdy nie stanowiły regularnego punktu w mojej pielęgnacji. Zdarzyło mi się raz na jakiś czas coś na buźkę nałożyć, przy czym tym czymś była przeważnie jakaś maseczka typu Avon Planet Spa, która trafiała do mnie mniej lub bardziej przypadkowo. Skądinąd tę słynną szarą avonowską maskę z Minerałami Morza Martwego dosyć lubiłam, ale przez regularność stosowania, a w zasadzie jej brak, nigdy nie przynosiło to jakichś większych efektów.
Kiedy założyłam bloga trwała akurat akcja w Rossmannie -40%, w trakcie której, przede wszystkim ze względu na zachęcające ceny, zakupiłam sobie kilka saszetkowych maseczek na wypróbowanie (pokazywałam je TU - to jedna z moich pierwszych notek :) ). Maseczki swoje znowu przeleżały, ale wreszcie się za nie wzięłam i muszę przyznać, że stosuję je w tej chwili dosyć regularnie. Czy przynoszą efekty?
Maseczka firmy Soraya z serii Care & Control stanowić ma drugi krok w pielęgnacji proponowanej przez producenta. Ja pozostałych kosmetyków z tej serii nie posiadam. Za pojemność 2 x 7,5 ml zapłacimy ok. 3 zł.
Co producent pisze o kosmetyku na opakowaniu?
Być może zużycie jednej saszetki to za mało na rozsądną ocenę, aczkolwiek kilka rzeczy byłam w stanie zaobserwować. Przede wszystkim, w porównaniu do pozostałych maseczek, które już wypróbowałam, ten kosmetyk jest bardzo wydajny. Całe opakowanie wystarczyło mi bowiem aż na 7-8 zastosowań (należę do osób aplikujących wszelkie kosmetyki w granicach rozsądku, ale jednocześnie dokładnie ;) ).
Maseczka jest w kolorze mlecznym, ma jak dla mnie lekko klejącą konsystencję, nie zasycha na twarzy, ale później bardzo ciężko ją zmyć - na pewno nie jest to możliwe letnią wodą, tak jak poleca producent, gdyż pozostaje na twarzy bardzo mocno wyczuwalna warstwa śliskiego filmu. Niestety zapach jest typowy dla kosmetyków z drożdżami, dla mnie nieprzyjemny.
A czy przynosi efekty? Skóra po jej zmyciu jest gładka w dotyku, lekko ściągnięta, wymaga użycia kremu. Osobiście nie zauważyłam jednak niestety ściągnięcia porów i ich oczyszczenia. Nie zaobserwowałam również wygładzenia nierówności skóry (swoją drogą to zapewnienie producenta pozostawia dla mnie szerokie pole dla interpretacji ;) ). Wydaje mi się jednak, że minimalnie przyspieszyła gojenie się ropnych nieprzyjaciół.
Raczej jej ponownie nie kupię, gdyż kolejna maseczka od innego producenta przypadła mi bardziej do gustu. Jaka? To okaże się w jednej z kolejnych notek ;)
Stosowałyście te maseczki? Macie swoje hity dla skóry zanieczyszczonej? Pozdrawiam!
Kiedy założyłam bloga trwała akurat akcja w Rossmannie -40%, w trakcie której, przede wszystkim ze względu na zachęcające ceny, zakupiłam sobie kilka saszetkowych maseczek na wypróbowanie (pokazywałam je TU - to jedna z moich pierwszych notek :) ). Maseczki swoje znowu przeleżały, ale wreszcie się za nie wzięłam i muszę przyznać, że stosuję je w tej chwili dosyć regularnie. Czy przynoszą efekty?
Maseczka firmy Soraya z serii Care & Control stanowić ma drugi krok w pielęgnacji proponowanej przez producenta. Ja pozostałych kosmetyków z tej serii nie posiadam. Za pojemność 2 x 7,5 ml zapłacimy ok. 3 zł.
Co producent pisze o kosmetyku na opakowaniu?
Być może zużycie jednej saszetki to za mało na rozsądną ocenę, aczkolwiek kilka rzeczy byłam w stanie zaobserwować. Przede wszystkim, w porównaniu do pozostałych maseczek, które już wypróbowałam, ten kosmetyk jest bardzo wydajny. Całe opakowanie wystarczyło mi bowiem aż na 7-8 zastosowań (należę do osób aplikujących wszelkie kosmetyki w granicach rozsądku, ale jednocześnie dokładnie ;) ).
Maseczka jest w kolorze mlecznym, ma jak dla mnie lekko klejącą konsystencję, nie zasycha na twarzy, ale później bardzo ciężko ją zmyć - na pewno nie jest to możliwe letnią wodą, tak jak poleca producent, gdyż pozostaje na twarzy bardzo mocno wyczuwalna warstwa śliskiego filmu. Niestety zapach jest typowy dla kosmetyków z drożdżami, dla mnie nieprzyjemny.
A czy przynosi efekty? Skóra po jej zmyciu jest gładka w dotyku, lekko ściągnięta, wymaga użycia kremu. Osobiście nie zauważyłam jednak niestety ściągnięcia porów i ich oczyszczenia. Nie zaobserwowałam również wygładzenia nierówności skóry (swoją drogą to zapewnienie producenta pozostawia dla mnie szerokie pole dla interpretacji ;) ). Wydaje mi się jednak, że minimalnie przyspieszyła gojenie się ropnych nieprzyjaciół.
Raczej jej ponownie nie kupię, gdyż kolejna maseczka od innego producenta przypadła mi bardziej do gustu. Jaka? To okaże się w jednej z kolejnych notek ;)
Stosowałyście te maseczki? Macie swoje hity dla skóry zanieczyszczonej? Pozdrawiam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)